Gris Clair

Gris Clair jest kolejnym dzieckiem płodnego perfumiarsko Christophera Sheldrake’a. Zapach powstał w 2006 jako wspomnienie po wycieczce do północnej Afryki. Zapach przenosi nas w gorące góry Maroka, gdzie na rozgrzanych słońcem skałach leniwie rośnie lawenda…

Pierwsze nuty przynoszą ze sobą rozgrzane żelazko, którym prasowane jest świeżo uprane, pachnące kwiatowym płynem pranie. Jeśli to podróż do górzystej Afryki, to zapach budzi się tuż pod samym szczytem góry, już na kamienistych stokach, z samego rana. Kiedy słońce jeszcze leniwie przeciera oczy i dopiero szykuje swe siły na zmasowany atak. Lawenda jest tu niewinna – zapewne odpoczywa po upojnej nocy, podczas której rozsiewała swój zapach po całej okolicy. Jej nuty są doskonale wyczuwalne, ponieważ jest samotną mieszkanką tego niegościnnego rejonu, jednak nie duszą swą intensywnością, są delikatne, jak zapach nie rozwiniętych jeszcze kwiatów. Mimo mocnej sugestii tego, że zaraz zrobi się naprawdę gorąco, początek nie jest całkiem suchy, ma w sobie coś żywego. Może to być zasługą irysa, który nie pojawia się w otwarciu osobiście, lecz nadaje lawendzie soczysty odcień, niczym poranna rosa na płatkach.

Naturalnie, po tak sugestywnym poranku szykujemy się na uroki upalnego dnia… Jednak w Gris Clair czas zdaje się biec w drugą stronę. Rozgrzane przez cały dzień skały teraz są jedynie przyjemnie ciepłe, swoją temperaturę oddały w w jednej, agonalnej nucie, która zdawała się wręcz dusić swoim żarem. Rosa się ulotniła, słońce schowało się za horyzontem i nastała noc. W jej mroku swój opętańczy taniec rozpoczyna lawenda, która nie skrępowana słońcem może pokazać pełnię swego uroku. Dopiero teraz czuć wyraźnie, wychodzącą z cienia tonkę, która towarzyszy lawendzie krok w krok, nadając jej zapachowi przyjemnie słodki aromat.

Noc trwa tu jednak nieproporcjonalnie krótko, bo już po chwili lawendowa kochanka znika i zastępują ją znowu „skalne” nuty. Tym razem nie rozgrzane, a stygnące – jakby zegar cofnął się znów o kilka godzin i właśnie nadchodził późny wieczór. Lawenda, wymęczona słońcem, praktycznie zniknęła, a całość zapachu zdominowały „parujące” żarem skały.

Złośliwi mogliby skrócić ten opis przyrównując Gris Clair do tańca lawendy z żelazkiem, w którym raz to ona jest diwą, raz na pierwszy plan wychodzi rozgrzana nuta… I tak w kółko, aż do znudzenia. Bo choć kompozycja jest niewątpliwie unikatowa i bardzo sugestywna, to brakuje jej tego czegoś, jakiegoś suspensu, pięknego rozwinięcia. Bardzo obiecująco zapowiadała się duga faza zapachu – lawenda z tonka – niestety nie rozwinęła się na miarę swoich możliwości. Dlatego Gris Clair  pozostaje dla mnie zapachem ciekawym, ale niewartym dodania go do swojej kolekcji.

Trwałość: otulający przez kilka chwil, przy skórze do kilku godzin

Nuty: lawenda, ambra, tonka, irys, suche drewno, kadzidło.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: